piątek, 19 kwietnia 2013

Co nowego słychać w Mechlinie?

Od dwóch lat elegancki dom w Mechlinie koło Śremu ma pięć lokatorek. Niby nic szczególnego, chociaż... Wszystkie noszą to samo imię i nazwisko - Natalia Sucharska (dla ułatwienia posługują się zdrobnieniami lub drugimi imionami i tak mamy, w kolejności starszeństwa, Annę, Natalię, Natę, Magdę i Natkę), co więcej są przyrodnimi siostrami i jeszcze dwa lata temu nie miały pojęcia o swoim istnieniu... Początki znajomości pań Sucharskich poznać można dzięki lekturze książki Olgi Rudnickiej pt. "Natalii 5", natomiast ja chciałam napisać kilka zdań o kontynuacji tej powieści, czyli "Drugim przekręcie Natalii", który pojawił sie na księgarnianych półkach na początku bieżącego roku.

Wydawać by się mogło, że życie sióstr ustabilizowało się  - wspólnie prowadzą dom, opiekują się dwójką dzieci Natalii, Anna prowadzi własną firmę, Natalia, Magda i Natka studiują, natomiast Nata pisze książkę o tym co wydarzyło się w ich życiu przed dwoma laty. Książka wprowadza spore zamieszanie, ponieważ opisane w niej osoby nie do końca zgadzają się z wizją autorki, jednak ten konflikt blednie wobec większego problemu.
W tajemniczych okolicznościach zaginął bowiem Janusz Zawada, przyjaciel Jarosława Sucharskiego. W jego mieszkaniu policja znajduje bezgłowe zwłoki, a kilka dni później odnalezione zostaje spalone auto Zawady z ludzkimi szczątkami w środku... Siostry nie wierzą w śmierć starszego pana i postanawiają przeprowadzić własne dochodzenie. I nie przeszkodzą im w tym nawet zadomowieni u nich policjanci...

Olga Rudnicka po raz kolejny serwuje nam kryminalną historię z ogromną dawką dobrego humoru. Natalie w dalszym ciągu są wojownicze, uparte i niezależne, często dochodzi pomiędzy nimi do scysji, jednak przeciwko innym osobom zawsze działają wspólnie - nieważne czy jest to jakiś szemrany typ, czy narzeczony jednej z nich. Kto zechce wejść pomiędzy siostry Sucharskie lepiej, żeby od razu pisał testament.
Oprócz głównych bohaterek spotka czytelnik w książce kilka innych osób, które poznał przy okazji lektury pierwszego tomu ich przygód - komisarza Adriana Potockiego, narzeczonego Natalii; komisarza Marcina Kurka obecnego/byłego chłopaka Naty; Darka, chłopaka Magdy oraz Przemka i Anielkę, dzieci Natalii. Szczególnie młode pokolenie wykaże się ogromną aktywnością i kreatywnością w działaniu, gmatwając, już i tak pokręconą, intrygę. Do grona osób związanych z mieszkankami Mechlina dołączy jeszcze para poznańskich policjantów, Donata Bryt i Marian Jaglecki, a w tle pojawią się pracownicy CBŚ-u  - jednak nawet takie natężenie pracowników organów ścigania nie jest w stanie przeszkodzić siostrom Sucharskim w realizacji ich zamierzeń...

Do tego garnca miodu na cześć "Drugiego przekrętu Natalii" muszę jednak dołożyć niewielką łyżeczkę dziegciu. Jest niestety kilka błędów - chociażby dotyczących wieku bohaterek (w pierwszym tomie Nata była 5 lat młodsza od Anny, a w tym już tylko o 3) czy nazwisk (np. Marcin Kurek co jakiś czas jest Marcinem Potockim). Nie mnie sądzić kto ponosi winę za te niedopatrzenia, jednak jeśli ktoś czytał pierwszą część przygód sióstr Sucharskich to takie błedy rzucą się pewnie  woczy.

Jednak mimo wszystko serdecznie polecam tę książkę - dobra zabawa gwarantowana.

czwartek, 31 stycznia 2013

Można odejść na różne sposoby...


Małgorzata Kalicińska to jedna z tych polskich autorek, która budzi ogromne kontrowersje - jedni chwalą na potęgę, inni odsądzają od czci, wiary i choćby iskierki talentu. A ja? Ja jestem jakoś pośrodku - jedna książka podobała mi się bardzo, druga wcale, a trylogię rozlewiskową czytało mi się całkiem całkiem - ot, czytadełko w sam raz na wakacyjne popołudnia.
Od jakiegoś czasu na blogach i portalach czytelniczych znów głośno o pani Małgorzacie, a to ze względu na jej najnowszą książkę, czyli "Lilkę". 

Marianna Roszkowska to pani po pięćdziesiątce, dziennikarka jednego z kobiecych magazynów, żona, matka i babcia. Pewnego sierpniowego dnia jej świat się rozpada - po 30 latach małżeństwa odchodzi od niej mąż. Pomimo, że do jakiegoś już czasu oddalali się od siebie coraz bardziej, Marianna bardzo boleśnie odczuwa rozpad swojego małżeństwa, tym bardziej, że dosyć szybko okazuje się, że w życiu Mirka, jej byłego męża pojawiła się jakaś inna pani. Kiedy Marianna próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości kontaktuje się z nią Lilka, jej przyrodnia siostra, z którą nigdy nie miała za dobrego kontaktu i której zwyczajnie nie lubi. 
Lilka to artystyczna dusza, kiedyś dosyć znana malarka, dzisiaj nieco zapomniana, ma kłopoty ze zdrowiem - szybko się okazuje, że pozornie drobna dolegliwość to coś o wiele bardziej poważnego.
Marianna musi odłożyć na bok swoje własne kłopoty i zająć sie ciężko chorą siostrą...

Powieść Małgorzaty Kalicińskiej podejmuje niezwykle trudny i bardzo aktualny temat nieuleczalnej choroby, odchodzenia, bólu i cierpienia, nie tylko tego odczuwanego przez osobę chorą ale również przez jej najbliższych. Marianna stara się zapewnić siostrze jak najlepszą opiekę medyczną, zaprasza ją do swojego mieszkania, staje się przyjaciółką, powiernicą a kiedy zachodzi taka potrzeba również pielęgniarką. Choroba Lilki sprawia, że patrzy na swoje własne kłopoty z nieco innej perspektywy.

"Lilka" miała szansę stać się najlepszą, najbardziej dojrzałą pozycją w dorobku pisarskim pani Kalicińskiej, niestety autorka nie wykorzystała tej możliwości. Po pierwsze uważam, że jest stanowczo za długa, za bardzo przegadana, pełno w niej jakichś wątków pobocznych, przypadkowych tematów, które rozpraszają uwagę, a co za tym idzie zaciemniają wątek główny. Kolejna sprawa - nie potrafi się autorka (bądź nie chce) wyzwolić  z takiej słodko-lukrowej konwencji. Lilka pomimo choroby jest wręcz aniołem, a i Marianna właściwie nie przeżywa chwil zwątpienia czy zmęczenia. Generalnie całe jej otoczenie to ludzie inteligentni, piękni, wrażliwi, normalnie raj a nie Saska Kępa i okolice. Nie podobała mi się jeszcze jedna rzecz - Marianna ciągle powtarza jak to nie lubiła nigdy Lilki, jak była o nią w młodości zazdrosna, natomiast w momencie, kiedy dowiaduje się o chorobie siostry jej stosunek do niej zmienia się diametralnie, wręcz sobie siostrzyczki z dziobków jedzą. I mnie to zupełnie nie przekonuje - wygląda to tak jakby autorka na siłę chciała zrobić z Marianny ideał, wzorzec postępowania i poświęcenia się dla bliźniego - w zamyśle może to i wzruszające miało być, ale wyszło sztuczne i nierealne.

Nie można też nie wspomnieć o pewnej matrycy, którą posługuje się autorka  - jeżeli ktoś czytał serię rozlewiskową, to szybko wychwyci podobieństwa w losach bohaterów. Wygląda to tak jakby autorka uznała, że skoro przy tamtych książkach chwyciło, to i tu powinno zaskoczyć. I pewnie (sądząc po ilości pozytywnych opinii) zaskoczyło, ale to chyba nie o to chodzi, żeby powielać chwytliwe wzorce, tylko się rozwijać, szukać czegoś nowego. No, ale może ja się nie znam...

Można by jeszcze znaleźć kilka innych wad tej powieści, chociażby swego rodzaju wulgarność, przy okazji scen erotycznych, nagromadzenie nieszczęść, które spadają na Mariannę i w żaden sposób jej nie załamują, niekonsekwencję przy tworzeniu niektórych postaci (chociażby Michał, ojczym Mani, człowiek wykształcony, oczytany i inteligentny nie potrafi prawidłowo wypowiedzieć słowa stomia) czy wreszcie błędy rzeczowe, które wkradły sie do tekstu (chociażby scena, gdzie Marianna cytuje fragment utworu "Na jagody" Marii Konopnickiej, radośnie oświadczając, że jest to "O Janku Wędrowniczku" - dobrze, że przynajmniej autorki nie pomyliła...).

Reasumując - książka zapowiadała się interesująco, niestety na zapowiedzi się skończyło. Zamiast prawdziwej, dramatycznej, życiowej historii otrzymałam średniej jakości czytadło. Szkoda...

środa, 16 stycznia 2013

Jaki byłeś pradziadku?


Nie raz i nie dwa razy deklarowałam, że wielką sympatią darzę królewskie miasto Kraków. Związane jest to pewnie z faktem, że i szkołę średnią i studia w Krakowie odbywałam, więc ten, ponoć najpiękniejszy, okres w życiu kojarzy mi się z podwawelskim grodem. A poza wszystkim to piękne miasto i już. Tak więc, kiedy w czasie wizyty w bibliotece w moje ręce wpadła książka Lucyny Olejniczak "Wypadek na ulicy Starowiślnej" decyzja była prosta - muszę to przeczytać.

Autorka książki to krakowianka, zawodowo związana z Katedrą Farmakologii UJ, obecnie na emeryturze. W swoim dorobku literackim ma trzy powieści, kilka opowiadań oraz felietony w krakowskiej prasie. 

Bohaterką książki jest Lucyna ( która oprócz imienia, ma wiele innych cech wspólnych z autorką), kobieta w średnim wieku, matka dwójki dorosłych dzieci. Przypadkiem trafia na notatkę przedrukowaną z krakowskiego "Czasu" z roku 1900, w której jest wspomniany jej rodzony pradziadek Teodor Hanzelmann. Przodek był sierżantem straży pożarnej, a notatka traktowała o wypadku jaki odniósł jadąc do pożaru. 
Kilka zdań sprzed stu lat wyzwala w Lucynie chęć odnalezienia informacji o dawno nieżyjącym członku rodziny. Zadanie jakie sobie postawiła nie należy do najłatwiejszych - na pomoc rodziny nie może niestety już liczyć, sama też nie ma rodzinnych pamiątek, pozostają więc tylko archiwa. I tak Lucyna odwiedza Komendę Straży Pożarnej, parafię do której najprawdopodobniej należała rodzina Hanzelmannów oraz czytelnię czasopism Biblioteki Jagiellońskiej. Przy okazji postanawia napisać książkę o swoim przodku - narratorem miałoby być któreś z dzieci Teodora.

Książka to dosyć sympatyczna lektura, a jeśli ktoś zna Kraków i Nową Hutę (tam mieszka Lucyna) to bez problemu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja powieści. Oprócz współczesnego obrazu miasta autorka opisuje Kraków sprzed stu lat, ulice, ludzi i życie codzienne w strażackiej remizie. Autorka ma lekkie pióro, chociaż miejscami widać niedostatek stylu - aż się prosi o porządną redakcję...

Wydaje mi się, że powieść pani Olejniczak nie ma ambicji bycia historią z przesłaniem, to raczej literatura popularna. Aczkolwiek mnie skłoniła do pewnej refleksji - otóż zastanowiłam się co ja tak naprawdę wiem o moich przodkach, o ich życiu, pracy, charakterze... Owszem potrafię wymienić swoich dziadków, pradziadków i prapradziadków, znam kilka rodzinnych anegdot, a w albumie przechowywane jest trzy czy cztery zdjęcia (to i tak dużo, bo wszyscy moi przodkowie to wieśniacy z dziada pradziada, więc nie było zwyczaju fotografowania się i pieniędzy na takie luksusy) ale to wszystko. I coraz mniej osób mogłoby mi coś o dawniejszych, choćby przedwojennych czasach opowiedzieć...

czwartek, 3 stycznia 2013

Dokonać wyboru

            „Po powrocie do świata ludzi najtrudniejsze było ponowne nauczenie się emocji. Wszystkie poczynania wilka mają praktyczny, nieskomplikowany wymiar. Nie ma fochów, owijania w bawełnę ani aluzji. Wilki walczą z dwóch powodów: o rodzinę i terytorium. Ludźmi kieruje ego, u wilków nie ma na to miejsca i – w dosłownym tego słowa znaczenia – wybiją ci je z głowy. U wilka świat sprowadza się do rozumienia, wiedzy i szacunku – trybutów odrzuconych przez wielu ludzi wraz z poszanowaniem świata naturalnego.”*
            Dokonałeś już w życiu wielu wyborów, które czasem bezpośrednio kogoś dotyczyły i zmieniły też coś w życiu innych. Minimalnie, ale zawsze coś. Czasem jednak przychodzi taka chwila, że od twojej decyzji będzie zależeć czyjeś zdrowie, ty będziesz decydować o sposobie leczenia. Od ciebie będzie zależeć to czy walczyć o życie tej najważniejszej istoty czy dać jej odejść. To nie jest zabawa, nie cofniesz efektów decyzji, dlatego też dobrze zastanów się nad tym co masz zamiar zrobić.
            Luke Warren jest badaczem wilków. Od kilkunastu lat studiował ich naturę i zwyczaje. Próbował przeniknąć nawet do jednej z watah by choćby minimalnie poczuć jak to jest i obalić mity o tych zwierzętach. Dla swojej pracy poświęcił bardzo wiele. Jego rodzina się rozpadła, syn Edward po kłótni pod wpływem emocji wyjeżdża i zrywa kontakt z bliskimi, dochodzi do rozwodu i tylko po jakimś czasie Cara zamieszkuje z ojcem, bo czuje się niepotrzebna w nowej rodzinie matki. Tymczasem mija kilka lat, dochodzi do poważnego wypadku, w którym brała udział Cara oraz Luke, który zostaje ciężko ranny. Na tę wiadomość Edward wraca do domu i okazuje się, że ktoś musi zadecydować czy walczyć o życie  ojca czy też dać mu odejść. Edward i Cara stają po przeciwnych stronach. Jak to wpłynie na ich i tak już kiepskie stosunki? Jakie tajemnice zostaną odkryte i jak to wpłynie na resztę życia samych zainteresowanych?
            Prozę Jodi Picoult cenię sobie od momentu poznania jej „Bez mojej zgody”. Książka ta sprawiła, że przez bardzo długi czas nie potrafiłam skupić się na innych tak jak powinnam - cały czas wracałam myślami do niej i zastanawiałam się co ja bym zrobiła na miejscu bohaterów. Dotąd było tak za każdym razem gdy sięgałam po coś jej pióra. Czy tak samo będzie z jej najnowszą publikacją noszącą tytuł „Pół życia”?
            Otóż z czystym sumieniem mogę teraz stwierdzić, że pod tym względem nic się nie zmieniło. Powieściopisarka w dalszym ciągu sprawia, że aktualnie czytana przeze mnie pozycja wciąga bez reszty i sprawia, że przez chwilę przenoszę się do świata przedstawianego przez nią i żyję życiem innych. „Pół życia” jest, zabrzmi to trochę nie na miejscu, fascynująca. Nie mam tu jednak na myśli decyzji jaką muszą podjąć Cara i Edward, a to czym zajmuje się Luke. Jego praca sprawiła, że bardziej myślał jak wilk, a nie człowiek. Każde zachowanie ludzkie analizował na podstawie tego co zwierzęta przez niego badane by zrobiły. Przedstawił prawdziwą i jakże prostą naturę wilka. Niemal z fascynacją czytałam fragmenty temu poświęcone. To jak opisywał swoje przygody i spostrzeżenia związane z tymi zwierzętami naprawdę mnie zaciekawiło i sprawiło, że chciałabym dowiedzieć się jeszcze więcej.
            Nie mniej ważny, a można by rzec, najważniejszy, był wątek, który był o podjęciu decyzji przez rodzeństwo, które miało odmienne zdanie w tej sprawie. Chodzi mianowicie o eutanazję, temat rzekę jeśli chodzi o poglądy, trudny oraz wywołujący masę sprzecznych emocji. Osobiście uważam, że w pewnych momentach trzeba dać odejść. Wiem, że łatwo jest mi teraz mówić gdy nie stoję teraz przed takim wyborem i całkiem możliwe, że kiedyś zmienię swoje zdanie. Jednak na dzień dzisiejszy twardo zostaję przy tym, że czasem najtrudniejsza decyzja jest najlepsza, nawet gdy bardzo boli. Dlatego też w trakcie czytania tak bardzo miotałam się między bratem, a siostrą. Z pewnej strony popierałam decyzje Edwarda, a z drugiej byłam całym sercem za tym by to jednak Cara wygrała i miała rację. Wiadomo jednak, że może wygrać tylko jedna ze stron i tak też się stało i tym razem. Tylko, że ta wygrana nie cieszy niezależnie od wyniku.
            W  trakcie rozstrzygania tego kto ma podejmować decyzje o leczeniu Luke’a wychodzą na jaw fakty, które stawiają w nowym świetle wydarzenia sprzed lat i pozwalają wiele zrozumieć etyko bohaterom, ale i czytelnikowi, który na początku może być trochę zdezorientowany. Pośród cierpienia, łez i niedowierzania rodzina, która rozpadła ma teraz szansę znowu być razem.
            Prozy Picoult nie da się przeczytać za jednym razem, przynajmniej ja tak nie potrafię i muszę ją sobie dawkować. Wychodzi mi to co prawda z różnym skutkiem, ponieważ nie zawsze mam tyle samozaparcia by choćby na chwilę odłożyć czytaną pozycję. W przypadku tej publikacji choć od początku mnie zainteresowała do połowy powieści nie miałam z tym moim dawkowaniem sobie emocji problemu. Gdy jednak dotarłam do około dwusetnej strony, dosłownie i w przenośni przepadłam. Nie byłam w stanie oderwać się od czytanego tekstu i tylko przewracałam kolejne strony, aby jak najszybciej poznać zakończenie.
            Znacie to uczucie, kiedy czujecie się jakbyście byli między młotem, a kowadłem? Ja właśnie tak miałam w przypadku „Pół życia” i to pod wieloma względami. Mimo wyrobionego zdania na spotykane tu tematy mimowolnie zaczynałam zastanawiać się nad przedstawione przez bohaterów argumenty. Prócz moich dylematów etycznych targały mną przeróżne emocje: od rozczarowania i nienawiści, które czuli postacie, po zrozumienie i nadzieję. Nie stałam przed takim wyborem i nie chciałabym stać, ale mocno wierze w to, że podjęłabym słuszną decyzję, nieważne jak bardzo mogło by boleć.
            To co lubię w twórczości Jodi to fakt, że staranie przygotowuje się do omawianego tematu. Zbiera tyle informacji ile zdoła, a do tego konsultuje się, że specjalistami w danej dziedzinie. Dlatego też, w każdej swojej publikacji posługuje się fachowymi zwrotami, ale w taki sposób by osoba czytająca rozumiała śledzony tekst. Styl pisania autorki jest bardzo obrazowy, a sposób w jaki dobiera słowa sprawia, że nie raz poleciała mi jedna czy kilka łez.
            Cenie sobie również w niej to, jak przedstawia postacie danej historii. Każdą poznajemy z osobna i dzięki temu. Da się dzięki temu zaobserwować jej mocne i złe strony oraz to jak dziejące się wydarzenia na nie wpływają. Jak się pod ich wpływem zmieniają i reagują na rozwój wydarzeń. Po raz kolejny miałam okazję obserwować, jak łatwo jest wyrobić sobie opinie nie znając wszystkich faktów. Trzymać się ideałów, których nie ma z powodu obawy przed tym co może nadejść. Człowiek zachowuje się czasem dziwnie gdy jego ułożone w miarę życie rozpada się jak domek z kart. Nic w tym dziwnego. Zmiany i ich konsekwencje nie zawsze bywają łatwe i przyjemne.
            „Pół życia” to książka pełna emocji, które aż się proszą o uwolnienie, niezwykle prawdziwa i życiowa. O życiu oraz śmierci i najtrudniejszych wyborach. Napisana z prostotą, ale dopracowana z jak najmniejszymi detalami. Historia, która na długo pozostaje w czytelniku. Fani pisarki z pewnością się nie zawiodą. Gwarantuję.
*str. 417
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Pół życia
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: listopad 2012
Liczba stron: 464

piątek, 26 października 2012

„Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” - Małgorzata Gutowska-Adamczyk



            „- W malowaniu nie tylko biegłość techniczna się liczy. (…) Ważna jest także myśl, spostrzeżenie, umiejętność patrzenia i przetwarzanie obrazów w nasze osobiste, jedyne i niepowtarzalne spojrzenie, które czyni z rzemieślnika artystę. Z tym się nie rodzisz, to umiejętność analizy, która przychodzi z wiekiem, z dojrzałością, mądrością życiową.”*

            Jesteś kobietą, która ma swoje zdanie choć nie powinna go mieć. Kochasz, choć tego też nie powinnaś czynić. Nie w czasie gdy to mężczyźni byli panami i władcami, a ty powinnaś być gdzieś w cieniu, służyć jako piękny dodatek do jego otoczenia. Cicha, pokorna i oddana. Powinnaś błyszczeć by inni zazdrościli cię twojemu partnerowi. Może i jesteś szanowana i obsypywana prezentami, ale musisz być taka jak chcą inni…

            Dwie kobiety, które się nie znają i nigdy nie będą mogły poznać. Bowiem jedna żyje w XXI wieku, a druga w połowie XIX. Nina Hirsch udaje się do Gutowa by zorganizować pogrzeb ciotki. Na nocleg zatrzymuje się w hotelu w Zajezierzycach, gdzie poznaje właścicielkę Igę Troszyn. Prosi ona Ninę by ta ustaliła czy portret hrabiego Tomasza Zajezierskiego, znajdującego się w holu jest autentycznym obrazem namalowanym przez Różę Wolską. Kobieta zgadza się i od teraz poszukuje wszystkich informacji jakie są tylko możliwe by poznać historię Róży. Przenosi się do dziewiętnastowiecznego Paryża i krok po kroku poznaje historię ubogiej Polki i jej matki.

            Z tą autorką nie miałam jeszcze do czynienia choć od dawna planowałam poznanie jej twórczości. Stało się tak, że to dzięki tej powieści miałam możliwość poznać twórczość Gutowskiej-Adamczyk. Czy było ono udane? Z wielką radością obwieszczam, że jak najbardziej. Mimo, że początkowo ciężko szło czytanie przez bardzo szczegółowe opisy miejsc, z czasem to doceniłam. Bo gdyby nie one być może, a raczej na pewno nie potrafiłabym sobie tego wszystkiego wyobrazić.

            Historia toczy się dwutorowo - poznajemy Nine ze współczesności i Różę z przeszłości.  Historia tej drugiej zdecydowanie dominuje w  powieści co uważam za jej wielki atut. Zdecydowanie bardziej podobały mi się losy Róży i opisy dawnego Paryża. Pani Małgorzata z niezwykłą starannością przedstawiła nam jak kiedyś było. Tak oto widzimy jak żyło się biednym w tym wielkim mieście, a jak bogatym. Od razu daje się zauważyć wszystko co ich dzieli. Kobietą z tych niższych sfer zależy tylko na tym by znaleźć sobie bogatego utrzymanka, który nie będzie szczędził na nią grosza. Do tego opisy miejsc i zdarzeń, które są piękne i szczegółowe- bez problemu łatwo sobie wyobrazić jak to wtedy było. Nie brak tu też historii Niny i opisów czasu teraźniejszego, które również ciekawią.

            Niby Nina i Róża to dwie rożne kobiety, ale łączy je bardzo wiele. Obie kochają malarstwo. Żadna z nich w dzieciństwie nie zaznała matczynej miłości. Obie matki tak naprawdę to kochały je, ale na swój sposób. Chciały im ułożyć życie tak jak im się wydawało, że będzie dobrze. Próbowały je od siebie uzależnić aby tylko były razem na zawsze. Matka Niny posunęła się nawet do tego, że zniechęciła partnera córki do bycia z nią. Ich losy są naznaczone przez własne matki, które były egoistyczne i nie pozwoliły im na samodzielne życie. Działanie te spowodowało popsucie relacji między matką, a córką.

            Strasznie mi się ta powieść podobała. Wywołała we mnie masę emocji, od fascynacji po wściekłość. Z zapartym tchem śledziłam losy Róży ja i Niny. Kibicowałam im, śmiałam się i płakałam z nimi. Czułam się jakbym brała w tym udział i była w tych wszystkich miejscach. Byłam wściekła na matki tych kobiet i dezorientacją patrzyłam jak świadomie mimo miłości krzywdzą swoje córki. To jest dla mnie nie pojęte. Z zainteresowaniem o tym jak się kiedyś żyło i mimo tego, że tamte czasy mnie ciekawią nie mogłabym w nich żyć, no chyba, że byłabym jak Róża i wyrażała swoje zdanie nie zwracając uwagi na to co wypada, a co nie.

            „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” jest opowieścią, która wciąga od pierwszych stron, jest stworzona z najmniejszymi detalami. Pełna opisów, niespodziewanych zwrotów akcji, ciekawych bohaterów i tej swoistej aury, która sprawia, że czytelnik pochłania w mgnieniu oka. Lekki i barwny styl pisania tylko umila czytanie. Pozostaje mi tylko polecić i czekać na „Rose de Vallenord".

*str. 362

niedziela, 16 września 2012

„Krucha jak lód” - Jodi Picoult



                        „- Kiedy kogoś kochasz, to wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne.”*

            Posiadanie rodziny dla wielu z nas jest bardzo ważne. Marzymy o szczęśliwym domu z gromadką dzieci i kochającym partnerze. Gdy nasze marzenia powoli się spełniają i zaczynamy oczekiwać na upragnione dziecko błagamy tylko o to by było zdrowe i nie musiało walczyć z przeszkodami. Chcemy by było szczęśliwe i miało wszystko co najlepsze…Czasem... Czasem jest jednak tak, że mimo gorących próśb nasza pociecha rodzi się chora. Wtedy właśnie zaczyna się walka, która trwa cały czas, do końca życia i na każdym kroku…

              Rodzina O'Keefe na pierwszy rzut oka wydaje się jak każda inna. Mama, która marzy o otwarciu własnej cukierni, tata pracujący w policji, córka, która się uczy no i maleństwo długo wyczekiwane, które niedługo przyjdzie na świat. Wszystko było dobrze do momentu gdy w czasie badania USG wykryto, że maleństwo choruje na osteogenesis imperfecta (wrodzona łamliwość kości). Willow jeszcze będąc w brzuchu mamy ma złamane kości, a podczas porodu tych złamań może być jeszcze więcej. Istnieje możliwość, że nie przeżyje przyjścia na świat. Gdy jednak przychodzi na świat kończy się to tylko i aż złamaniami. Od tego momentu nawet najmniejszy ruch czy delikatny dotyk może sprawić, że dziewczynka będzie miała złamaną jakąś kość. Jej życie jest naznaczone cierpieniem i wyrzekaniem się wielu rzeczy. Do tego jest również narażona na spojrzenia pełne litości i niezrozumienia. Jak z tym wszystkim poradzi sobie rodzina O’Keefe? Czy będą w stanie zrobić wszystko dla Will? Czy będą się ze sobą zgadzać? Jak zakończy się ta historia?

            Zawsze gdy sięgam po książki Picoult jestem pewna, że po przeczytaniu ostatniego zdania przez dość długi czas trudno będzie mi się skupić na jakiejś innej pozycji literackiej. Dzieje się tak ponieważ każda jej powieść sprawia bowiem, że myśli krążą mi właśnie wokół niej. Przewijają mi się w myślach  fragmenty, pojedyncze zdania, które sprawiają, że moje postrzeganie różnych rzeczy się zmienia. Czy tym razem było tak samo? Owszem. Amerykańska powieściopisarka i tym razem mnie nie zawiodła. Sprawiła, że na parę dni żyłam życiem rodziny Willow. „Krucha jak lód” sprawia, że zadajemy obie pytania, które zadają sobie bohaterowie powieści. I uwierzcie odpowiedź nie jest wcale taka oczywista. Może to zabrzmi nieciekawie ale popierałam matkę dziewczynki ponieważ dobrze wiem jak to jest walczyć z przeszkodami gdy nie ma się na to funduszy. Nie uważam tego za wyrachowanie czy chęć wzbogacenia się. Ona chciała zapewnić jej szansę na w miarę normalne życie. Owszem chwytało mnie za serce gdy Willow cierpiała i w tych momentach zrobiłabym wszystko na miejscu Charlotte by mała przestała wątpić w miłość do niej. Irytowały mnie osądy innych, łatwo oceniać gdy stoi się po drugiej stronie. Cała ta sytuacja dla żadnej z bohaterów nie była łatwa i Jodi pokazuje to bez litości szczegółowo. Widzimy obraz rodziny, która w obliczu tragedii stara się aby przetrwała.

            Książka ta to nie tylko cierpienie, żal i smutek. Willow jest jak na swój wiek inteligentna. Spędza dużo czasu na czytaniu i surfowaniu po Internecie czy też oglądaniu różnych programów. Zawsze zaskoczy jakąś ciekawostką. Jest też bardzo silna, bez łez i słowa skargi znoi każde złamanie i proces leczenia. Wie, że to wszystko dla jej dobra i nie marudzi. Choć tak naprawdę ma święte prawo płakać, narzekać i być zrezygnowaną. Zamiast tego jest pogodna i uśmiechnięta. Nie morze robić wielu rzeczy co jej rówieśnicy, ale zawsze jakoś to sobie rekompensuje. Śmiało mogę stwierdzić, że wielu z nas mogło by brać z niej przykład. Jej dojrzałość w niektórych momentach wywoływała łzy i zaskakiwała, bo wnioski do których ona dochodziła zajmowało mi o wiele więcej czasu. Willow jest kimś godnym naśladowania.

            Po przeczytaniu tejże powieści jestem jakby wypruta z emocji. Już dawno nie czytałam tak emocjonującej książki. Jodi Picoult w tej powieści wywołuje w czytelniku masę skrajnych emocji. Towarzyszy nam wściekłość, radość, smutek, żal i rozczarowanie oraz wiele, wiele więcej. Całym sercem byłam za tym aby tej rodzinie się udało, aby przetrwali ten kryzys. Przerażał mnie i fascynował ten pokład miłości, strachu i zaparcia w walce. Nie sądziłam, że można kochać za mocno, a tu wychodzi na to, że chyba można…

            „Krucha jak lód” pokazuje jak wiele można zrobić dla swojego dziecka. Jej się tak naprawdę nie da opisać bo obojętnie co by się napisało będzie wydawało się za mało. Tę książkę trzeba po prostu przeczytać. Historia jest napisana z różnych punktów widzenia dzięki czemu wiemy co czuje poszczególny bohater. Do tego jest napisana językiem łatwym i przyjemnym. Wszystko jest szczegółowo opisane i nawet nazwy medyczne nie sprawiają trudności. Osobiście uważam, że to obowiązkowa pozycja dla każdej osoby. Zmusza do przemyśleń i sprawia, że doceniamy to co mamy. Wyszło takie masło maślane, ale tak już mam. Trudno mi napisać coś sensownego o twórczości Picoult.

*str. 131
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Krucha jak lód
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: maj 2010
Liczba stron: 616

niedziela, 1 lipca 2012

Bezwarunkowa miłość... („Potem” - Rosamund Lupton)


            „Miłość nie może opuścić ciała, bo nie ono jest jej domem.”*

            Miłość matki do dziecka jest bezwarunkowa i silniejsza od czegokolwiek innego na świecie. Rodzicielka dla swojej pociechy jest w stanie znieść wszystko. Odda ostatni grosz aby miało co potrzebuje. Odejmie sobie od ust aby nie było głodne. Osłoni sobą gdy jest zagrożone. W chwilach kryzysowych skoczy nawet za nim nawet w ogień...

            W renomowanej Londyńskiej szkole odbywają się zawody sportowe. Wszystko odbywa się zgodnie z planem i nic nie zapowiada nadchodzącej tragedii. W pewnym momencie wybucha pożar i Główna bohaterka Grace wbiega do środka gdzie wszędzie bucha ogień by ratować swoją córkę Jenny. W środku coś na nią spada i przez to zapada śpiączkę. Dusza Grace tak jak i córki spotykają się po za swoimi ciałami. od tej pory śledzą nadchodzące zdarzenia i na własną rękę szukają sprawcy podpalenia. Przed nimi oprócz tego jeszcze jedna ważna decyzja do podjęcia. Jaki będzie finał tej historii musicie przekonać się sami...

            Książka ta początkowo przyciągnęła moją uwagę okładką, nie mogłam oderwać od niej oczu. Jak jednak wiadomo nie wygląd okładki powinien nami kierować zerknęłam na notę wydawcy i... musiałam ją mieć. Początki były trudne gdyż nie bardzo mogłam się wczuć historię, ale z czasem coraz bardziej byłam ciekawa jej końca. Z taką książką się jeszcze nie zetknęłam. I nie chodzi tu o samo podpalenie czy siłę uczuć matczynych. Tym razem chodzi o to spotkanie dusz po za ciałem. Ja się jeszcze z czymś takim w takim wydaniu nie spotkałam. I bardzo mi się to spodobało. Do tego styl pisania, który sprawiał, że miało się wrażenie iż historia wydawała się taka... prawdziwa. Nie wiem jak to możliwe, ale podejrzewałam iż nie będzie szczęśliwego zakończenia, a jednocześnie bardzo na nie liczyłam. W „Potem” wszystko jest tak jak powinno, nie ma zbędnych opisów, nic nie jest pozostawione sobie. Choć na początku coś może wydawać się nie potrzebne z czasem okazuje się bardzo ważnym elementem. Luptom świadomie cofa się do przeszłości i wraca. Dzięki takim posunięciom wraz z Grace i Jenny powoli składaliśmy elementy układanki. Uwielbiam gdy pisarz zmyla czytelnika, gdy sprawia iż myślimy, że odkryliśmy sprawcę, a stronę później nasza teoria rozpada się jak domek z kart. Ja  tym razem po początkowych mylnych domysłach wskazałam winnego choć pomyliłam się z motywami. Autorka doskonale radziła sobie z tym abyśmy choć przez chwilę podejrzewali dosłownie każdego. Bardzo lubię takie mieszanie w głowach potencjalnych odbiorców.

            „Potem” ma w sobie wszystko co dobra książka powinna posiadać. Ciekawą fabułę, która wciąga, może nie od samego początku, ale wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. No i postacie, które są stworzone z najmniejszymi detalami. Od samego początku z ciekawością poznajemy je coraz bardziej i co ważne co chwile nas zaskakują. Ważny też jest pomysł na historię, a trzeba przyznać, że w tym wypadku pomysł jest świetny. Mnie osobiście spodobała się forma, w jakiej Lupton pisała „Potem”. Pamiętniki to jest to co mnie bardzo interesuje, mam wtedy wrażenie, że właśnie czytam o czymś prywatnym, w pewnym sensie nie dla mnie przeznaczonym.

Książka ta ma jedną wadę, ale nie z winy autorki, ale tłumaczenia. Z reguły literówki mi umykają jeśli są sporadyczne, ale w tym przypadku aż kuły po oczach... W „Potem” trzeba się w czytać więc tym bardziej jest łatwo te błędy wyłapać.

„Potem” jest napisana językiem pięknym, który oczarowuje czytelnika. Historie śledzi się z prawdziwą ciekawością i naprawdę trudno się od niej oderwać. Z pewnością sięgnę po jej wcześniejszą powieść, a wam szczerze polecam tę. Autorka udowadnia, że zawsze jest jakieś potem.

*str. 100
Autor: Rosamund Lupton
Tytuł: Potem
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: kwiecień 2012
Liczba stron: 400

czwartek, 7 czerwca 2012

Nieodwracalne szkody... („Córki mordercy” - Susan Randy Meyers)


            „Wszystko na świecie rani.”*

            Jedno zdarzenie, które zmieniło Twoje życie na zawsze... Już nic nie będzie takie jak powinno, a Cię będzie zjadać poczucie winy. Bo może gdybyś posłuchała zakazu, może nic by się nie stało. Być może miałabyś normalne życie...

            Lulu i Mery to siostry, które w dzieciństwie przeżyły coś strasznego. Pierw rozpadła się im rodzina, a później ojciec w akcie rozpaczy lub szaleństwa zabija mamę dziewczynek i ciężko rani młodszą Mery. od tego momentu dziewczynki są wyzywane od córek mordercy i na każdym kroku prześladowane. Już od dziecka muszą bronić się przed wszystkimi, nawet przed rodziną. I tylko babcia (mama ojca) jest dla nich małym promykiem słońca. Lulu do dziś zadaje sobie pytanie „czy byłoby inaczej gdyby posłuchała zakazu mamy?”. Kobiety do końca życia na swój sposób radzi sobie z konsekwencjami wydarzeń z przeszłości.

            „Córki mordercy” od momentu wydania zaintrygowały mnie właśnie tytułem. Gdy przeczytałam jeszcze opis książka co chwile pojawiała się mi przed oczami, krótko mówiąc, musiałam ją przeczytać. Tym bardziej, że autorka opisywała to z własnego doświadczenia. Już w trakcie czytania uświadomiłam sobie, że właśnie czytam kolejną książkę o dzieciach, które mimo braku akceptacji otoczenia, licznych błędów i potknięć ułożyli sobie życie. Spokojne lub mniej, ale dały rade. Nie ma ideałów więc jak każdy popełniały błędy. Mimo tego przetrwały. Mogę sobie tylko wyobrazić sobie ile trzeba mieć hartu i odwagi by pokonać wszystkie przeszkody. Ta opowieść wstrząsa i nie pozwala o sobie zapomnieć. Na tych kartkach przewija się czysta rozpacz, poczucie winy i żal. Tej historii ie da się czytać ze spokojem. Ona wywołuje mnóstwo emocji, wzbudza niepokój i przerażenie.

            W książce tej jest widoczna niesamowita więź między siostrami i zarazem kontrast między nimi. Po śmierci matki między dziewczynkami powstaje tak silna nić, że nie sposób było jej zerwać. Nie mogły być rozdzielone gdyż miały tylko siebie. Starsza Lulu zawsze starała się chronić Mery i wspierać w trudnych sytuacjach. Mimo więzi je łączącej było coś co dzieliło te dzieci. Mery miała poczucie, że musi odwiedzać ojca w więzieniu. Czuła, że musi się nim zaopiekować mimo strachu i niepewności. Widać też było, że duży wpływ na nią miały prośby babci oraz manipulowanie przez ojca. Mery zawsze była mniej odporna na ciosy zadawane przez innych. Lulu zaś najchętniej by wykreśliła go z życia. Jakby nigdy nie istniał. Przez to co im zrobił musiała zbyt szybko dorosnąć by móc zająć się młodszą siostrą. Była nawet w stanie udawać kogoś kim nie jest aby tylko im się udało.

            Absurdalne moim zdaniem jest zachowanie rodziny ze strony matki dziewczynek. Rozumiem ich niechęć co do mordercy, ale wobec dzieci? Cały czas nie mogłam uwierzyć, że były traktowane jakby były winne. A przecież to nie ich wina! Nie raz w trakcie czytania miałam wielką ochotę powiedzieć co niektórym co o nich myślę. Nigdy nie zrozumiem jak można było tak postąpić z niewinnymi istotami...

            „Córki mordercy” to historia o nieodwracalnej krzywdzie. Lulu i Mery na zawsze będą żyły w cieniu tego co się zdarzyło kilkanaście lat temu oraz kolejnych następstw. Książka wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. Pozostawia ślad na zawsze...

*str. 26
Autor:  Susan Randy Meyers
Tytuł: Córki mordercy
Wydawnictwo: Vieograf II
Rok wydania: listopad 2011
Liczba stron: 336

środa, 6 czerwca 2012

"Saga rodu Forsyte'ów" - John Galsworthy


Moja czteroletnia córka wymyśliła jakiś czas temu określenie "bajka wszyściocha", nie wymagające chyba większych tłumaczeń. "Saga rodu Forsyte'ów" to taka właśnie bajka wszyściocha dla nieco starszych obywateli.
Czego tu nie ma...
Po pierwsze - sceneria: późnowiktoriańska Wielka Brytania, wielkie imperium, nad którym jednak powoli zaczyna zachodzić słońce. Przy czym Galsworthy nie ogranicza się do opisu kiecek czy konnych powozów (choć i tych nie brakuje), próbuje także uchwycić istotę zasad, którymi kierowała się klasa średnio - wyższa. Forsyte'owie, typowi przedstawiciele swojej warstwy, bez żenady przedkładają "mieć" nad "być", jednak nie sposób ich potępiać. Ostatecznie to ich energia i optymizm zbudowały potęgę imperium królowej Wiktorii.
Po drugie - fabuła: powikłane losy licznej rodziny (nie należy się dziwić, że książka została sfilmowana), ludzkie dramaty No i dwie naczelne namiętności: miłość i nienawiść.
Po trzecie: warsztat autora. Książka ma wszystkie zalety XIX- wiecznej klasyki: celne charakterystyki postaci, staranną konstrukcję. Natomiast ujęcie tematu i problematyka są jakby bardziej współczesne. No i Galsworthy nie faszeruje swojej książki jakimiś przebrzmiałymi teoriami, stawiając na bardziej uniwersalne ludzkie dylematy. Dzięki temu książka wciąga tak, że "czyta się" niemal bez udziału świadomości czytelnika.
No cóż, jeśli kiedyś traficie w bibliotece na tak uroczy widok jak na załączonym obrazku, zalecam przetestowanie tomu nr 1.
Sama wciągnęłam "Sagę" (tomy 1-3) jedną dziurką od nosa. Niestety - z drugą cześcią "Nowoczesną komedią" (tomy 4-7) już tak dobrze mi nie poszło. No cóż, spróbuję za jakiś czas, żeby nie przedawkować:).



źródło zdjęcia

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

„Na fejsie z moim synem” - Janusz Leon Wiśniewski


            „I wcale nie potrzeba się napić, aby Boga obecność poczuć.”*

            Siadasz do komputera, włączasz go i łączysz się z Internetem, wchodzisz na załóżmy jakiś portal patrzysz i widzisz wiadomość od kogoś kto nie żyje. Pierwsza, druga, trzecia... i tak dalej. W wiadomościach tych zaś czytasz o wszystkim co tylko możliwe. O tematów rodzinnych po Boga.

            Matka autora Irena Wiśniewska pisze do niego na Facebooku z Piekła. Poprzez te wiadomości czytamy o rodzinnych historiach i nie tylko. Irena porusza temat Boga, kultury, sztuki, wiary, miłości, fizyki oraz wiele innych ważnych rzeczy. Będąc w piekle obraca się „doborowym towarzystwie postaci jak: Hitler, Binladen, Wojaczek, Sylvia Plath, Marilyn Monero – to tylko niektórzy z towarzystwa.

            Zawsze jak słyszę nazwisko Wiśniewskiego pierwsze co mi przychodzi namyśl to jego „Samotność w sieci”, którą to mogę czytać i czytać... Gdy sięgałam po „Na fejsie z moim synem” zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać i z lekkimi obawami zaczynałam przygodę z tą pozycją. Jednak w trakcie mimo pewnych minusów przekonywałam się, że polski autor po raz kolejny pokazał swój talent. Twórczość Wiśniewskiego albo się lubi, albo nienawidzi nie ma uczuć pośrednich i ja się z tym zgadzam. Wszystko zaczyna się od urodzin Hitlera, a później jest już tylko ciekawiej jeśli chodzi o poruszane wątki. Trzeba tylko pilnować aby się nie pogubić w tym co jest nam przekazywane - momentami miałam wrażenie, że nie zdążyłam się wczytać a już przeskakiwało się do kolejnego i całkiem odmiennego tematu.  Trzeba czytać w skupieniu i powoli, bez pośpiechu, nawet jeśli chcemy się dowiedzieć co będzie dalej nie należy czytać na „łapu capu”.
            Niekiedy miało się wrażenie iż jest się mimo wolnym świadkiem rozmów i wspomnień nie przeznaczonych dla osób trzecich. Takie osobiste wynurzenia zbliżają czytelnika z pisarzem lub postaciami. Niekiedy wzruszają, bawią lub przyprawiają o dreszcz. Widać, że przez te kartki przewija się próba rozliczenia autora z życiem, który robi tak jakby bilans swojej egzystencji. Z jednej strony widać wielką miłość, a z drugiej bardzo głęboki żal.
            „Na fejsie z moim synem” nie jest łatwa w odbiorze i trudno ją ocenić. Styl, którym została napisana denerwował mnie i utrudniał czytanie, były momenty gdy jakiś fragment czytałam dwa razy by go zrozumieć. Prawdę jednak mówiąc autor wykazał się nie małą odwagą zważając na błędy przeszłości.
            Pozycja ta ma plusy i minusy. Polecam ją fanom pana Janusza, zapewniam, że tu poznacie zupełnie innego człowieka niż do tej chwili.

*str. 222
Autor: Janusz Leon Wiśniewski
Tytuł: Na fejsie z moim synem
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: luty 2012
Liczba stron: 448