pi膮tek, 1 marca 2019

Klocek


Wczoraj o godzinie dziewi臋tnastej wyruszyli艣my na rodzinn膮 przygod臋 (prawie w komplecie – pies zosta艂 jednak w domu). Cel wyprawy zdawa艂 si臋 by膰 kusz膮cy i atrakcyjny, wi臋c towarzyszy艂y mu adekwatne emocje – lekkie poddenerwowanie i skrywana ekscytacja (u doros艂ych cz艂onk贸w wycieczki – czyli u konkubenta i u mnie) oraz radosne piski (u poTomka). 
Wsiedli艣my do samochodu i udali艣my si臋 na ulic臋 Ogrodow膮 (c贸偶 za romantyczna nazwa!), aby OBEJRZE膯 MIESZKANIE. Nie by艂a to pierwsza tego typu przygoda, w ostatnim czasie zwiedzili艣my ju偶 kilka mieszka艅 na sprzeda偶 (nasze obecne lokum przesta艂o spe艂nia膰 standardy rodziny wielodzietnopsiej). Jednak wczorajsza wyprawa zupe艂nie nas zaskoczy艂a. 
Od kilku dni Konkubent pozostawa艂 w kontakcie z w艂a艣cicielk膮 przestronnego lokalu przy Ogrodowej, kt贸ra kusi艂a go atrakcyjnymi zdj臋ciami (mieszkania) i obietnicami niezapomnianych widok贸w z balkonu. 
Udali艣my si臋 wi臋c na miejsce. 
Drzwi otworzy艂a nam przemi艂a Pani W艂a艣cicielka zapraszaj膮c nas do kuchni (stan: do generalnego remontu – mieli艣my tego 艣wiadomo艣膰). Wr臋czy艂a nam wydruki z przyk艂adowymi aran偶acjami przestrzeni po czym powiedzia艂a, 偶e pozosta艂ej cz臋艣ci mieszkania nie zobaczymy. Lokatorzy (studenci) s膮 nieobecni i pozamykali swoje pokoje na klucz. „Ale mog臋 pokaza膰 Pa艅stwu zdj臋cia przepi臋knego widoku z balkonu!” – us艂yszeli艣my na pocieszenie. Zostali艣my tak偶e zaprowadzeni do 艂azienki i toalety (gdzie unosi艂 si臋 swojski zapach tak zwanego klocka. Jak to w starych ubikacjach – wiadomo). 
Wyprawa zako艅czy艂a si臋 sukcesem – do ko艅ca wieczoru byli艣my w doskona艂ych nastrojach. Ciekawe co przyniesie nast臋pna przygoda!

pi膮tek, 11 stycznia 2019

O niczym


Tego dnia Marysia znowu nie zosta艂a pisark膮. S艂o艅ce 艣wieci艂o przez 偶aluzje i rzuca艂o romantyczne cienie na ca艂y pok贸j. Przed oczami wci膮偶 mia艂a las Beskidu Niskiego i niemal czu艂a zapach ziemi mokrej od rosy (zaledwie w pi膮tek wr贸ci艂a z kr贸tkich wakacji). W uszach s艂ysza艂a Turnaua, ale sama nie wiedzia艂a kt贸ry utw贸r – bo mia艂a ochot臋 na wszystkie. A serce? Od siedmiu miesi臋cy jej serce bi艂o w rytmie oddechu pierworodnego – zwanego poTomkiem. Mia艂a problem z t膮 wir贸wk膮 w umy艣le - jej r臋ce rwa艂y si臋 do pisania, ale mia艂y tak偶e ochot臋 co艣 narysowa膰. Mnogo艣膰 temat贸w i mo偶liwo艣ci ci膮偶y艂y na barkach Marysi znacznie bardziej ni偶 艣wiadomo艣膰 jakich艣 tam brudnych gar贸w w zlewie czy psich kud艂贸w w ka偶dym k膮cie. 

Marysia wiedzia艂a jak ci臋偶ko jest by膰 humanist膮. Umys艂om 艣cis艂ym musi by膰 艂atwiej, to pewne. W ko艅cu liczby to zawsze jednak tylko liczby. A co ma zrobi膰 ten, kt贸rego interesuje wszystko? Chcia艂a jednocze艣nie napisa膰 powie艣膰 (a mo偶e jednak bajk臋 dla dzieci?), namalowa膰 co艣 akwarelami, nauczy膰 si臋 gra膰 na pianinie, wydzierga膰 sweter, za艂o偶y膰 blog podr贸偶niczy i jeszcze wspiera膰 pozytywne podej艣cie kobiet do porodu. A to wszystko podczas opieki nad synkiem oraz kawiarni膮, kt贸r膮 za艂o偶y艂a dwa lata temu. 

W艂a艣nie tego dnia (a by艂a to 艣roda) Marysia siedzia艂a na swojej szarej, twardej kanapie przygnieciona gigantyczn膮 wen膮, kt贸rej nie potrafi艂a spo偶ytkowa膰. Dziecko szcz臋艣liwie spa艂o ju偶 drug膮 godzin臋, a ona NIC. Ani kreski nie namalowa艂a, ani bloga nie za艂o偶y艂a, a psie kud艂y wci膮偶 le偶a艂y beztrosko na pod艂odze. Mia艂a wra偶enie, 偶e zaraz eksploduje od pot臋偶nej potrzeby zrobienia czego艣 TW脫RCZEGO. Czy inni ludzie czuj膮 to samo? Dlaczego nie potrafi艂a skupi膰 my艣li na jednej rzeczy i po艣wi臋ci膰 si臋 jej w ca艂o艣ci? Czy jej znajomi  te偶 maj膮 tw贸rcz膮 wir贸wk臋 w g艂owie?

Win臋 za to fatalne samopoczucie Marysia zrzuca艂a na rozmem艂any po ci膮偶y m贸zg, kt贸ry nie wr贸ci艂 jeszcze do normalno艣ci (chocia偶 min臋艂o ju偶 przecie偶 PONAD P脫艁 ROKU!). Stwierdzi艂a, 偶e tak d艂u偶ej nie mo偶e by膰. Wsta艂a, tupn臋艂a nog膮 (dla roz艂adowania emocji) i posz艂a po swojego syna, 偶eby go zabra膰 na spacer (co z tego, 偶e spa艂. Po艣pi w w贸zku, w艣r贸d szumu drzew).

Zaledwie wczoraj wieczorem przeczyta艂a ciekawy artyku艂, o tym, 偶e ludzie kt贸rzy maj膮 pasj臋 偶yj膮 d艂u偶ej i s膮 szcz臋艣liwsi. A co z tymi, kt贸rych inspiruje wszystko? Co, je艣li Marysia dostaje od rodzic贸w zdj臋cie z Tajlandii (bo s膮 w艂a艣nie w podr贸偶y marze艅) i natychmiast staje w boksie startowym gotowa wsiada膰 do samolotu? Widzi fotografi臋 i czuje zapach tego morza. Zapomnia艂a, 偶e przecie偶 chcia艂a zosta膰 podr贸偶niczk膮! 呕e nic w 偶yciu nie jest tak wa偶ne jak wiatr we w艂osach i mapa w kieszeni. Egzotyczni ludzie, w膮skie uliczki dalekich miast i kilka sukienek 艣ci艣ni臋tych w walizce. 呕e musi to wszystko pokaza膰 synkowi!

Jest gorzej ni偶 my艣la艂a. Dwa dni wcze艣niej ogl膮da艂a mieszkanie na wynajem (bo w obecnym si臋 nie mieszcz膮. Wsz臋dzie ba艂agan. Miliony rzeczy! Mo偶e wi臋ksza przestrze艅 sprawi, 偶e poszerz膮 si臋 jej horyzonty, a ten tw贸rczy burdel wreszcie znajdzie uj艣cie. Haha…). No i to mieszkanie tak Marysi臋 zainspirowa艂o, 偶e postanowi艂a zosta膰 po艣redniczk膮 nieruchomo艣ci. C贸偶 za wspania艂y zaw贸d! Kto nie lubi zagl膮da膰 wieczorami w roz艣wietlone 偶yciem okna s膮siad贸w? Mog艂aby podgl膮da膰 ich od 艣rodka, wyszukiwa膰 ciekawe niuanse (stylowy porcelanowy kotek ze z艂oceniami stoj膮cy na ikeowskiej komodzie – tej samej, kt贸r膮 w dzisiejszych czasach maj膮 chyba wszyscy) i z zaanga偶owaniem opowiada膰 o nich swoim klientom. Nakr臋cona wizj膮 艣wietlanej przysz艂o艣ci (agenci nieruchomo艣ci doskonale zarabiaj膮) przybieg艂a do domu, 偶eby zapisa膰 si臋 na specjalistyczny kurs w tej dziedzinie. I przeczyta艂a, 偶e wymagaj膮 umiej臋tno艣ci ekonomicznych. Czyli, 偶e trzeba umie膰 LICZY膯. Uf, liczy膰 to ona akurat nie potrafi艂a. Liczby zawsze sprowadza艂y Marysi臋 na ziemi臋 (ca艂e szcz臋艣cie! Przynajmniej ta jedna rzecz jest sta艂a i niezmienna – nigdy nie b臋dzie robi膰 nic wymagaj膮cego umiej臋tno艣ci matematycznych). 

Wi臋c tego dnia Marysia wraz z poTomkiem sz艂a przez park. Jej synek z otwart膮 buzi膮 podziwia艂 g臋stwin臋 li艣ci na drzewach. Spojrza艂a razem z nim na strzelist膮 lip臋 i przypomnia艂a sobie s艂owa jednej z popularnych blogerek. „Ja wiem, 偶e pieni膮dze, praca, 偶e zakupy, 偶e odpisa膰, zadzwoni膰 i trzeba i rozw贸j i odpowiedzialno艣膰. Ale patrz臋 na pi贸ropusze drzew z zachwytem i prze艣laduje mnie my艣l, 偶e to one s膮 tak naprawd臋 wa偶ne.” Jakby wyj臋te z jej g艂owy! 

Czy kto艣, kto ma trzydzie艣ci lat (i dziecko oraz psa!) mo偶e sobie pozwoli膰 na kompletny chaos w g艂owie? Czy jest jeszcze kto艣 drugi na 艣wiecie, kto chce rysowa膰, pisa膰, podr贸偶owa膰, dzierga膰 sweter, by膰 pianist膮, filmowcem i wydawc膮 (a  najlepiej jeszcze m贸wi膰 wszystkim napotkanym kobietom, 偶eby nie ba艂y si臋 porodu), a nie robi nic z tych rzeczy (bo nie wie co wybra膰 na pocz膮tek - w tej akurat wolnej chwili)? 

Marysia nie zna艂a odpowiedzi na te trudne pytania. Ale znalaz艂a pod lip膮 pi臋膰 z艂otych. I postanowi艂a, 偶e zrobi tak jak jej tata – wrzuci monet臋 do s艂oika. A wraz z ni膮 wszystkie inne pi臋cioz艂ot贸wki, kt贸re wpadn膮 w jej r臋ce. To podobno wspania艂y spos贸b na uzbieranie porz膮dnej kwoty na wakacje marze艅!  A potem si臋 zobaczy co b臋dzie dalej.


pi膮tek, 21 grudnia 2018

Pierogi


Pojecha艂am wczoraj na plac imbramowski po pierogi ruskie. Na placu jest taka budka, w kt贸rej mama zawsze kupuje mi przepyszne pierogi, a potem przywozi mi je do domu, 偶ebym mia艂a co je艣膰. Bo ja nadal nie radz臋 sobie w kulinariach (mimo, 偶e powinnam bo mam ju偶 przecie偶 trzydzie艣ci jeden lat, w艂asne dziecko i psa). Zobowi膮zania kuchenne wynikaj膮ce z mojej doros艂o艣ci zupe艂nie mi nie wychodz膮, dlatego czasem (w akcie desperacji po kolejnym nieudanym eksperymencie obiadowym) udaj臋 si臋 na zakupy 偶ywieniowe typu „jedyne co musisz zrobi膰 to podgrza膰 i zje艣膰, ale je艣li nie potrafisz podgrza膰 to mo偶esz zje艣膰 tak偶e na zimno”.

Dlatego wczoraj pomy艣la艂am, 偶e kupi臋 sobie zapas ruskich (i w razie potrzeby jedynie wyci膮gn臋 porcj臋 z zamra偶arki i ugotuj臋). Pomys艂 bardzo mnie ucieszy艂 i sprawi艂, 偶e poczu艂am si臋 taka prawdziwie doros艂a i ODPOWIEDZIALNA. Nie zastanawia艂am si臋 ile pierog贸w powinnam kupi膰, ale kiedy nadesz艂a moja kolej (bo do kasy sta艂o sporo os贸b. Oni tam maj膮 naprawd臋 dobre jedzenie!) pomy艣la艂am, 偶e  ze cztery kilogramy powinny wystarczy膰. 

I wtedy sprzedawca (m艂ody facet z brod膮) wyci膮gn膮艂 z zamra偶arki NAPRAWD臉 WIELKI W脫R ruskich i po艂o偶y艂 ca艂y na wadze i kaza艂 mi zap艂aci膰 osiemdziesi膮t jeden z艂otych. A ja prawie posika艂am si臋 ze 艣miechu – ale tylko w duchu! Moja twarz pozosta艂a niewzruszona dok艂adnie tak, jakbym doskonale wiedzia艂a ile to jest cztery kilogramy mro偶onych pierog贸w ruskich oraz ile to kosztuje. Doro艣li przecie偶 wiedz膮 takie rzeczy, wi臋c nie mog艂am da膰 po sobie pozna膰, 偶e JA NIE WIEDZIA艁AM. Ale to nic! Zap艂aci艂am nale偶n膮 kwot臋, wzi臋艂am w贸r (poprosi艂am o siateczk臋. To znaczy o siat臋 – 偶eby by艂o mi wygodniej) i wysz艂am ze sklepu. Ludzie w kolejce troch臋 dziwnie na mnie patrzyli, szczeg贸lnie, 偶e by艂am tam z dzieckiem i w贸zkiem, a pierogi do tego w贸zka si臋 nie zmie艣ci艂y. Pr贸bowa艂am powiesi膰 je na uchwycie w贸zka, ale by艂y takie ci臋偶kie, 偶e go przewa偶a艂y. Wi臋c powiesi艂am je sobie na ramieniu i poszli艣my dalej. Dopiero jak znikn臋li艣my z zasi臋gu wzroku kolejki to pozwoli艂am sobie na (duszony wcze艣niej) wybuch 艣miechu i powiedzia艂am do potomka, 偶e „wspaniale! B臋dziemy mieli pierog贸w na ca艂y miesi膮c!”.

W domu zamrozi艂am ruskie w porcjach po dwadzie艣cia sztuk. Wysz艂o mi siedem woreczk贸w. Wi臋c wcale nie tak jako艣 strasznie du偶o!

poniedzia艂ek, 16 maja 2016

Na zdrowo


Bernadetta mia艂a szalone plany na przysz艂o艣膰. Wypisa艂a je w r贸偶owym notesie i ka偶dego dnia skrupulatnie wykre艣la艂a kolejny osi膮gni臋ty cel. Szale艅stwo tych plan贸w objawia艂o si臋 w rozmiarze notatnika. By艂 gruby.
Bardzo gruby.
Mia艂 trzysta stron, a ka偶da z nich zosta艂a opatrzona dat膮 i zapisana drobnym druczkiem. Terminarz rozpoczyna艂 si臋 dzi艣, a ko艅czy艂 w niewiadomej przysz艂o艣ci.
Gdyby Bernadetta zgubi艂a r贸偶owy notatnik i znalaz艂by go jaki艣 biedak na ulicy (biedak nie w sensie, 偶e bez pieni臋dzy tylko, 偶e musia艂by to wszystko przegl膮dn膮膰. Musia艂by to zrobi膰 bo ka偶dy normalny cz艂owiek jest chocia偶 troch臋 ciekawy 偶ycia innych ludzi), m贸g艂by przeczyta膰 w nim, 偶e jego w艂a艣cicielka planuje:
- jutro kupi膰 rabarbar, napisa膰 maila do Joli, odnie艣膰 buty do szewca
- w poniedzia艂ek wybra膰 prezent dla mamy, przesadzi膰 kwiatki na balkonie, upiec ciasto
- w przysz艂ym tygodniu zrobi膰 przegl膮d samochodu i w艂asnego uz臋bienia
- za rok mie膰 ju偶 kupione mieszkanie z balkonem
- za dwa lata wzi膮膰 艣lub z Franiem, kupi膰 domek z ogr贸dkiem pod lasem
- za pi臋膰 lat wyda膰 ksi膮偶k臋, zarabia膰 pi艅膰 tysi臋cy w dwa tygodnie i zwiedzi膰 Australi臋
- za dziesi臋膰 lat mie膰 kawiarni臋, ksi臋garni臋 i studio spa
- na emeryturze mie膰 ju偶 zwiedzony ca艂y 艣wiat (ewentualnie poza Mauritiusem)
- kupi膰 dom na Mauritiusie i tam zamieszka膰, prowadzi膰 schronisko dla bezpa艅skich ps贸w

W 艣rod臋 Bernadetta mia艂a zaplanowane podcinanie grzywki, wys艂anie list贸w do ZUSu i malowanie roweru (bo zardzewia艂). Niestety, ZGUBI艁A notes. Wszystkie plany posz艂y si臋 pa艣膰 na 艂膮k臋 bo Bernadetta szuka艂a go a偶 od p贸藕nych godzin nocnych. Nie znalaz艂 si臋. Kolejny dzie艅 r贸wnie偶 by艂 ca艂y na marne poniewa偶 biedaczka nie mog艂a przypomnie膰 sobie co zaplanowa艂a. W wyniku zdenerwowania zapomnia艂a o wszystkim co zamierza艂a robi膰 w najbli偶szym czasie! W my艣lach ko艂ata艂 jej si臋 ci膮gle ten domek ze schroniskiem na Mauritiusie oraz przegl膮d uz臋bienia. Ale co jeszcze mia艂a w planach? Nie pami臋ta艂a!

Postanowi艂a wi臋c zaj膮膰 si臋 realizacj膮 tego, czego nie zapomnia艂a. Uda艂a si臋 do dentysty, a potem kupi艂a bilety na Mauritius (gdzie zabra艂a tak偶e Franka).

I okaza艂o si臋, 偶e zgubienie notatnika to by艂o ca艂kiem sensowne rozwi膮zanie!


艣roda, 25 listopada 2015

I znowu zima


Laura obudzi艂a si臋 w pi膮tkowy poranek i spostrzeg艂a, 偶e znowu nadesz艂a zima. I pomy艣le膰, 偶e jeszcze wczoraj biega艂a w samych pantalonach, boso po trawie! A dzisiaj ju偶 艣nieg! Trzeba poszuka膰 we艂nianego pulowerka w renifery i nape艂ni膰 wrz膮tkiem termofor - pomy艣la艂a.
Ca艂e szcz臋艣cie, 偶e Laura lubi艂a 艣nieg. Takim osobom 艂atwiej jest przetrwa膰 zim臋 (bo ostatecznie s膮 nawet w stanie ubra膰 te osiem kilogram贸w kurtek, rajtek, majtek, czapek i traper贸w i wyj艣膰 z domu na mr贸z - cho膰by po to, 偶eby ulepi膰 kulk臋 ze 艣niegu).
Dlatego w ten pi膮tkowy poranek Laura wdzia艂a frociane kalesony oraz sw贸j znoszony kombinezon narciarski i opu艣ci艂a ciepe艂ko domowego ogniska (czyli ukochan膮 ko艂derk臋 w mi臋ciutkim 艂贸偶eczku).

Najwi臋ksz膮 przyjemno艣膰 sprawia艂o Laurze powolne kroczenie po 艣niegu. Nogi mia艂a lekko ugi臋te w kolanach, plecy pochylone i sz艂a w jakby zwolnionym tempie. Wygl膮da艂a bardzo dziwnie (i nawet spaceruj膮ce po parku psy szczeka艂y na ni膮 przera藕liwie bo wydawa艂a im si臋 podejrzana). Pierwszy krok na 艣wie偶ym 艣niegu to przecie偶 sama przyjemno艣膰! - powtarza艂a zdziwionym przechodniom. But nale偶y po艂o偶y膰 delikatnie i z wyczuciem, pocz膮wszy od pi臋ty powoli do艂膮czaj膮c reszt臋 stopy. Tylko w ten spos贸b mo偶na w pe艂ni delektowa膰 si臋 przyjemnym "chrupaniem" 艣niegu pod butami.

Chrup  chrup    chrup      chrup chrup                chrup        chrup             chrup chrup                chrrrruuuup

Odg艂os chrupania zawsze kojarzy艂 jej si臋 z tat膮 i jego du偶ymi br膮zowymi butami krocz膮cymi po 艣niegu w drodze na pasterk臋. W jej wyobra藕ni 艣nieg b艂yszcza艂 wtedy jak miliony kryszta艂k贸w o艣wietlony 艣wiat艂em ksi臋偶yca i (wszechobecnymi w okresie 艣wi膮tecznym) lampkami choinkowymi.

Szkoda, 偶e od kilku lat nie by艂o 艣niegu na 艣wi臋ta - westchn臋艂a w my艣lach Laura i podskoczy艂a, 偶eby zerwa膰 z drzewa wielki sopel lodu (wisia艂 tam i a偶 kusi艂, 偶eby go wzi膮膰 do r臋ki!). Poogl膮da艂a go z bliska i daleka, prze艂ama艂a na p贸艂 i ju偶 mia艂a nim rzuci膰 w dal, kiedy us艂ysza艂a na plecami m臋ski g艂os.
- Taki wspania艂y sopel na zmarnowanie!
Obok niej sta艂 wysoki ch艂opak, a na g艂owie mia艂 czapk臋 ze stercz膮cymi na boki psimi uszami.
Jego niecodzienny wygl膮d nie zrobi艂 na Laurze wi臋kszego wra偶enia - w ko艅cu mieszka艂a w Krakowie, a tu taka "ekstrawagancja" by艂a na porz膮dku dziennym. W duchu stwierdzi艂a jednak, 偶e ca艂kiem do twarzy mu by艂o w tym psie.
Poda艂a ch艂opakowi prze艂amany sopel lodu m贸wi膮c, 偶e mo偶e go sobie wzi膮膰 bo jej nie jest ju偶 potrzebny i w艂a艣nie zamierza艂a go wyrzuci膰.
- Dzi臋ki! Pychotka! - odpowiedzia艂. - Mo偶e pomy艣lisz, 偶e jestem dziwny, ale uwielbiam 艣wie偶e sople.
U艣miechn膮艂 si臋 szeroko i odgryz艂 koniuszek - Trzeba przyzna膰, 偶e nie maj膮 wykwintnego smaku. Bo ca艂a rzecz polega na tym, 偶e one tak przyjemnie chrupi膮 pod z臋bami - wyja艣ni艂.
Laura spojrza艂a na niego z 偶ywym zaciekawieniem. Sta艂 taki weso艂y i rumiany. I chrupa艂 lodowy sopel.

chrup chrup chrup chrup   chrup chrup     chrup chrrrrup chrup      chrup chruuup chrup

pi膮tek, 20 lutego 2015

Plany

Henrietta nigdy nie chcia艂a by膰 doros艂a, to oczywiste. Jednak pewnego dnia, kiedy zrozumia艂a, 偶e doros艂o艣膰 przyjdzie bez wzgl臋du na jej - Henrietty plany i przekonania, zacz臋艂a miewa膰 koszmary senne.
Kiedy zapada艂 zmierzch i wszystko wydawa艂o si臋 by膰 straszniejsze ni偶 w rzeczywisto艣ci, Henrietta chowa艂a si臋 pod ko艂dr膮 i obiecywa艂a sobie, 偶e nigdy, przenigdy nie wyprowadzi si臋 z domu i nie zaniesie na strych swoich zabawek - bo takie okropno艣ci prorokowali jej doro艣li. Bardzo podoba艂o jej si臋 贸wczesne 偶ycie i za nic w 艣wiecie nie chcia艂a s艂ysze膰 o 偶adnych zmianach.

Wraz z up艂ywem czasu coraz cz臋艣ciej pada艂o pytanie o plany 偶yciowe Henrietty.
- Kim zostaniesz jak doro艣niesz, Henrietto? - pytano na imieninach babci Eugenii.
Biedna Henrietta wstydzi艂a si臋 przyzna膰, 偶e chce by膰 nikim i woli zosta膰 w domu, tak jak teraz bo teraz jest przecie偶 tak dobrze.
Kombinowa艂a wi臋c i g艂贸wkowa艂a. Rozmy艣la艂a i rysowa艂a.
Co mog艂aby robi膰 jak uro艣nie?
Prowadzi膰 ma艂piarni臋 dla porzuconych ma艂p! - wymy艣li艂a pewnego dnia. I tak膮 wersj臋 us艂ysza艂a uradowana rodzina na urodzinach wujka Romana.

Nie min臋艂o kilka dni i zaraz zacz臋to t艂umaczy膰 Henrietcie doros艂e 偶ycie.
- Henrietto! - mawiano. - Ma艂py 艣mierdz膮! Ma艂py zerw膮 Ci wszystkie firanki! Ma艂py kosztuj膮, trzeba kupowa膰 im banany, a banany s膮 drogie! Henrietto, jak Ty na tym zarobisz?
Henrietcie przykro by艂o s艂ysze膰 te wszystkie komentarze. Bardzo lubi艂a ma艂py, uwa偶a艂a, 偶e s膮 po偶yteczne i okropnie kochane. Chcia艂a dla nich jak najlepiej, a takie ratowanie ma艂p to przecie偶 艣wietny pomys艂 (skoro ju偶 musi by膰 kiedy艣 doros艂a).
Dopiero g艂os taty Henrietty przem贸wi艂 jej do rozs膮dku:
- Przecie偶 w Polsce nie ma ma艂p! 呕adnej ma艂py nie trzeba ratowa膰!


I to rozstrzygn臋艂o spraw臋. W takiej sytuacji Henrietta postanowi艂a zbudowa膰 olbrzymi dom dla porzuconych zwierz膮t 偶yj膮cych w Polsce. Na parterze mieszka艂yby konie i s艂onie (te z cyrk贸w), na pierwszym pi臋trze 艣winie, gryzonie i lisy. Na drugim barany, koty i r贸偶ne ptaki. A na ostatnim mieszka艂yby psy (bo najlepiej chodz膮 po schodach) i ona, Henrietta. Zatrudnia艂aby weterynarza, kt贸ry leczy艂by je wszystkie i chodzi艂aby z nimi na 艂膮k臋.
Babcia Henrietty oraz wszystkie ciotki, wujki, kuzyni i rodzice, z艂apali si臋 za g艂owy i rozpocz臋li delikatne sugestie szeptane wieczorem do ucha.
- Franek jest lekarzem, wiesz? To taki 艣wietny zaw贸d!
- Mo偶e chcia艂aby艣 zosta膰 listonoszk膮? Mog艂aby艣 przybija膰 mn贸stwo piecz膮tek.
- A niekt贸re fajne panie zostaj膮 nauczycielkami i ca艂y czas bawi膮 si臋 z dzie膰mi!

- Dajcie jej spok贸j, doro艣nie to sama zobaczy! - orzek艂a w ko艅cu mama i wszyscy zamilkli. Henrietta przestraszy艂a si臋 troch臋 tego zdania - no bo co takiego sama zobaczy? Wola艂aby wiedzie膰 ju偶 teraz, 偶eby si臋 na to przygotowa膰! Albo uprosi膰 mam臋 i tat臋, 偶eby nie  musia艂a tego zobaczy膰, je艣li oka偶e si臋 by膰 straszne.

Mija艂y lata, a upodobania Henrietty nie zmienia艂y si臋. To znaczy, owszem, ulega艂y pewnym delikatnym modyfikacjom. Po pi臋trowym domu dla zwierz膮t Henrietta chcia艂a zosta膰 hodowc膮 szczurk贸w, kr臋ci膰 filmy przyrodnicze, organizowa膰 mi臋dzynarodowe wy艣cigi 艣limak贸w winniczk贸w, odbiera膰 porody 艣limak贸w winniczk贸w, a na ko艅cu - zosta膰 wyprowadzaczk膮 ps贸w na spacery.
Z punktu widzenia osoby doros艂ej, wszystkie plany Henrietty wydawa艂y si臋 by膰 troch臋 niepowa偶ne.

Zupe艂nie niespodziewanie przyszed艂 czas, kiedy Henriett臋 zacz臋to traktowa膰 jako doros艂膮. Ekspedientki w sklepie zwraca艂y si臋 do niej "Prosz臋 Pani", a m臋偶czy藕ni ca艂owali j膮 w r臋k臋. W艂a艣nie wtedy Henrietta polubi艂a herbat臋 pu-erh i postanowi艂a za艂o偶y膰 kawiarni臋 dla rodzin ze zwierz臋tami.

I tak te偶 si臋 sta艂o.

Do Animali贸w mogli przychodzi膰 w艂a艣ciciele ps贸w, kot贸w, je偶y, jaszczurek, chomik贸w, szczurk贸w, 艣winek i wszystkich innych zwierz膮t - wraz ze swoimi pupilami, rzecz jasna. Menu by艂o bogate i oferowa艂o najrozmaitsze pokarmy, kt贸re zaspokaja艂y g艂贸d nawet najbardziej nietypowych klient贸w. Kawiarnia Animalia sta艂a si臋 miejscem schadzek 艣mietanki towarzyskiej miasta Krakowa.

:)

W przysz艂ym tygodniu pierwsze urodziny mojego sklepu! Absurdalia, sto lat!

czwartek, 12 lutego 2015

Absurdalia Kulinaria

Absurdalia znana by艂a w rodzinie ze swych kulinarnych talent贸w. Jako jedna z nielicznych potrafi艂a przemieni膰 ziemniaki w rodzynki i usma偶y膰 kotlety w panierce z cukru pudru.
Rodzina stara艂a si臋 bardzo wspiera膰 Absurdali臋 zach臋caj膮c j膮 do regularnego gotowania obiad贸w, jednak ona nie by艂a przekonana o s艂uszno艣ci tego pomys艂u. Wola艂a gra膰 w Simsy t艂umacz膮c si臋, 偶e wirtualnych ludzik贸w przynajmniej nie otruje na 艣mier膰.

I w ten spos贸b min臋艂o sporo czasu i nadszed艂 dzie艅, kiedy Absurdalia wyprowadzi艂a si臋 z domu do Menrza (kt贸ry nazywany jest tak, aby nie gorszy膰 s膮siad贸w bo m臋偶em wcale nie jest i nie zapowiada si臋, aby nim zosta艂). Dzie艅 ten wcale nie by艂 specjalnie wyczekiwany, wr臋cz odwrotnie - ca艂e dzieci艅stwo Absurdalia obiecywa艂a sobie, 偶e nigdy nie wyprowadzi si臋 od mamy i taty. Pech chcia艂, 偶e pewnego dnia sko艅czy艂a dwadzie艣cia pi臋膰 lat, Monsz mia艂 mieszkanie i wypada艂o wykona膰 ten straszliwie doros艂y krok. 呕ycie!

W ten oto spos贸b Absurdalia zosta艂a sam na sam ze swoimi talentami kulinarnymi.
Ale nie by艂o jej 藕le. Urodzona pod szcz臋艣liw膮 gwiazd膮 (oraz w leniw膮 niedziel臋 - to chyba te偶 ma znaczenie), wspierana by艂a najpierw przez rodzin臋, a potem przez Menrza, kt贸rzy z milczeniem godzili si臋 na jej kulinarn膮 abstynencj臋 od czasu do czasu jedynie delikatnie wzdychaj膮c, 偶e mog艂aby zrobi膰 w ko艅cu te kotlety.

Przez rok od czasu kiedy wykona艂a doros艂y krok w stron臋 samodzielnego mieszkania, Absurdalia kilka razy ugotowa艂a obiad z mi臋sem w roli g艂贸wnej, a nawet zup臋 z dyni. I dwa razy pomidorow膮! Rodzina i Monsz niezmiennie zachwycali si臋 kunsztem jej wykwintnych i wspania艂ych da艅 co zach臋ci艂o j膮 do kroku nieco odwa偶niejszego.

Pewnego dnia uda艂a si臋 na zakupy celem nabycia smalcu. Uknu艂a tajn膮 niespodziank臋 dla najbli偶szych i postanowi艂a usma偶y膰 im chrust! Niestety, jej niedzielna natura przej臋艂a w艂adz臋 nad umys艂em i smalec przele偶a艂 w lod贸wce nietkni臋ty przez ca艂y d艂ugi rok.
Kiedy w ko艅cu Monsz okrzycza艂 Absurdali臋, 偶e marnuje jedzenie i wyrzuci艂 smalec do 艣mietnika, ona uda艂a si臋 do sklepu spo偶ywczego i kupi艂a drug膮 kostk臋 tego dziwnego "specja艂u".  Tym razem od razu zabra艂a si臋 za gotowanie!
Jakie偶 by艂o jej zdziwienie, kiedy odkry艂a, 偶e podczas sma偶enia smalcu z patelni wydobywaj膮 si臋 przera藕liwe sw膮dy i smr膮dy! Nie podda艂a si臋 jednak! Doko艅czy艂a swe dzie艂o z dum膮, zapakowa艂a w trzy pude艂ka: dla Menrza, dla rodzic贸w i brata oraz dla dziadk贸w i uda艂a si臋 w podr贸偶 do swojego domu numer jeden.

Przez ca艂膮 drog臋 do domu numer jeden Absurdalia bardzo ba艂a si臋, 偶eby nic si臋 nie wydarzy艂o i jej wspania艂y chrust (zwany te偶 podobno faworkami - nie wiadomo dlaczego) m贸g艂 rozpieszcza膰 podniebienia rodzinne.
I wtedy wydarzy艂o si臋 wydarzenie, kt贸re mo偶e by膰 sugesti膮, 偶e Absurdalia nie powinna gotowa膰.
Jecha艂a sobie dzielnie samochodem i nagle odpad艂 jej bak z paliwem. Tak zwyczajnie, na drodze. Szask-prask i ju偶.
Co b臋dzie z chrustem?! - momentalnie za艂ama艂a si臋 Absurdalia.
Na szcz臋艣cie ca艂膮 sytuacj臋 uratowa艂 tato, kt贸ry przyby艂 z pomoc膮 i chrust bezpiecznie dotar艂 do domu numer jeden. Zosta艂 zjedzony i nawet pochwalony (Troch臋 gumiasty, ale nawet dobry - powiedzia艂 brat).

Uradowana tym ogromnym i niespodziewanym sukcesem, Absurdalia postanowi艂a ugotowa膰 fasolk臋 po Breto艅sku. Ale wcze艣niej pad艂a na 艂贸偶ko zm臋czona do nieprzytomno艣ci i przespa艂a dwana艣cie godzin. Gotowanie jest jednak straszliwie m臋cz膮ce!

Nazajutrz kupi艂a fasol臋. Trzy opakowania bo wydawa艂y jej si臋 jakie艣 dziwne ma艂e i chude. Mama zawsze robi wielki gar i por贸wnuj膮c do tej fasolki w sklepowym woreczku, zawsze by艂o jej znacznie wi臋cej!
To nic! - pomy艣la艂a. Zrobi臋 jej troszk臋 mniej, na pocz膮tek.
I kupi艂a p贸艂tora kilograma fasolki Ja艣.

Zgodnie z instrukcj膮 podawan膮 przez mam臋, wrzuci艂a fasolk臋 do garnka pe艂nego wody i zostawi艂a na noc.

Rano... fasolka wysz艂a z garnka*.

Widocznie to jaka艣 podr贸偶nicza odmiana fasoli - westchn臋艂a Absurdalia i wys艂a艂a Menrza, aby po偶yczy艂 dwa wielkie garnki od swojej siostry. Kupi艂a jeszcze kilogram kie艂basy i zabra艂a si臋 za gotowanie.

B臋dzie fasolka dla ca艂ej rodziny! Wszyscy si臋 uciesz膮!


*Absurdalia nie wiedzia艂a, 偶e fasolka puchnie w garnku i robi si臋 jej dwa razy wi臋cej.

czwartek, 13 listopada 2014

Zimowo i strasznie


Pewnego dnia wysz艂am z domu (mieli艣my jecha膰 w podr贸偶. Niezbyt dalek膮 - jakie艣 dziesi臋膰 kilometr贸w) i nagle okaza艂o si臋, 偶e jest straszliwie zimno! Natychmiast zawr贸ci艂am do mieszkania i wyrzuci艂am zawarto艣膰 szafy na 艣rodek pokoju. Odnalaz艂am zimowe ratjy, majty i skarpety. Ubra艂am na siebie po trzy pary wszystkiego i ponownie wybieg艂am na pole (tak, tak! Mieszkamy w Krakowie).
By艂o straszliwie zimno!
"Jest dwana艣cie stopni!" - powiedzia艂 Piotrek widz膮c mnie ubran膮 jak na ci臋偶kie mrozy (jeste艣my razem od ponad czterech lat, a on wci膮偶 nie przyzwyczai艂 si臋 do tego, 偶e ja ci膮gle marzn臋).
A ja mog艂abym mieszka膰 w ciep艂ych krajach, gdzie bez przerwy panuje dziki upa艂 i chodzi si臋 tylko w strojach k膮pielowych i 艂adnych sukienkach! Wraca艂abym do Polski na 艣wi臋ta, 偶eby zobaczy膰 艣nieg (bo 艣nieg jest jednak strasznie fajny!).
Mog艂abym przyje偶d偶a膰 tak偶e wiosn膮 - na kwitn膮ce drzewa owocowe (chocia偶 w moim ciep艂ym kraju pewnie by艂oby ich wi臋cej?). Oraz jesieni膮 - po kasztany.

No i pojechali艣my w podr贸偶. Na wie艣 Piotrka (tam te偶 by艂o strasznie zimno).
Przeszli艣my si臋 po 艂膮ce i po lesie. Posnuli艣my si臋 po domu (w kt贸rym tak prawdziwie skrzypi drewniana pod艂oga). Potem pozwoli艂am sobie rzuci膰 si臋 na 艂贸偶ko (bo to najbardziej spr臋偶ynuj膮ce 艂贸偶ko jakie widzia艂am i okropnie fajnie si臋 na nim podskakuje - na siedz膮co, 偶eby nie zniszczy膰).
I, siedz膮c sobie beztrosko, spostrzeg艂am zdj臋cie (wcze艣niej go tam nie by艂o - tato Piotrka robi porz膮dki). By艂o stare, czarno-bia艂e. Pani i pan siedzieli na krzes艂ach, a wok贸艂 nich sta艂o czworo dzieci - dwoje ch艂opc贸w i dwie dziewczynki. Wszyscy byli dziwnie ubrani, jak w dawnych czasach.
Najbardziej spodoba艂a mi si臋 najm艂odsza dziewczynka siedz膮ca w samym 艣rodku zdj臋cia. Mia艂a fajne kucyki i, mimo powa偶nej miny (wszyscy byli okropnie powa偶ni) wygl膮da艂a na weso艂膮. Na oko mia艂a maksymalnie cztery lata.

I wtedy przyszed艂 Piotrek i powiedzia艂, 偶e to ciocia Helenka i 偶e zmar艂a w dziewi臋膰dziesi膮tym czwartym.
Oraz 偶e ta starsza dziewczynka to jej siostra a jego (Piotrka) babcia, kt贸rej nie pozna艂.

I to by艂o straszne. Przera偶aj膮ce wr臋cz!
Kiedy艣, ta (mniej lub bardziej) szcz臋艣liwa rodzina wybra艂a si臋 wsp贸lnie do fotografa. Zrobi艂 im zdj臋cie, kt贸re wiele lat sta艂o na komodzie w ich rodzinnym domu. Czas mija艂, dzieci ros艂y, prze偶ywali swoje przygody, je藕dzili na wakacje, pracowali, uczyli si臋. Czas ucieka艂 nadal, wszyscy po kolei zestarzeli si臋 i znikn臋li. Zdj臋cie wyl膮dowa艂o na strychu na wiele lat.
A dzi艣 ogl膮da je kto艣 w艂a艣ciwie zupe艂nie obcy. I beztrosko opowiada, 偶e ta czteroletnia dziewczynka to Helenka, kt贸ra zmar艂a w dziewi臋膰dziesi膮tym czwartym - jako starsza pani.
Pewnie mo偶e powiedzie膰 o niej jeszcze kilka kr贸tkich zda艅, kt贸re us艂ysza艂 od kogo艣 starszego. I tyle.
Ca艂e jej 偶ycie (kt贸re mia艂a wtedy przed sob膮) stre艣ci艂 w dw贸ch zdaniach (bawi膮c si臋 nowym telefonem kom贸rkowym).

Kiedy艣 kto艣 znajdzie nasze zdj臋cia i pewnie zrobi to samo.

Brrr. Zimno!


艣roda, 15 pa藕dziernika 2014

Joga

Kiedy tylko nastawa艂 pa藕dziernik, Jolanda zaczyna艂a odczuwa膰 ci臋偶ko艣膰.
Ci臋偶ko艣膰 ta mia艂a wymiar psychiczny (gdy偶 Jolanda nie lubi艂a jesieni), a tak偶e fizyczny (poniewa偶 ko艅czy艂 si臋 sezon jazdy na hulajnodze).

Przez kilka jesieni z rz臋du Jolanda sp臋dza艂a pa藕dziernik pod grubym kocem - tak szorstkim, 偶e dostawa艂a alergii sk贸rnej. Jad艂a wtedy du偶o ziemniaczk贸w - i nie by艂y to warzywa lecz popularne ciastka, kt贸re robi si臋 podobno z cukiernianych resztek. Aby zachowa膰 r贸wnowag臋 偶o艂膮dkowo-jelitow膮, pi艂a hektolitry gorzkiej herbaty. W dodatku ca艂ymi dniami ogl膮da艂a seriale obyczajowe niskiej klasy, w kt贸rych wyst臋powali aktorzy tak s艂abi, 偶e przyprawiali Joland臋 o zawroty g艂owy.
Nietrudno sobie wyobrazi膰, 偶e po takim pa藕dzierniku nastawa艂 jeszcze ci臋偶szy (tym razem g艂贸wnie w kilogramy) listopad. Dopiero w okolicy grudnia Jolanda zaczyna艂a odkopywa膰 si臋 z koca, poniewa偶 nadchodzi艂y 艣wi臋ta, kt贸re by艂y bardzo fajne i nadawa艂y 偶yciu sens. Poza tym zima to zupe艂nie inna i znaczne milsza pora roku.

Pewnego roku, jak co roku, niespodziewanie nadszed艂 pa藕dziernik. By艂 to jednak rok, kiedy Jolanda rozpocz臋艂a dzia艂alno艣膰 gospodarcz膮, kt贸ra polega艂a na produkcji dziewcz臋cych hulajn贸g w kwiatuszki. W艂asna firma tak zaj臋艂a Joland臋 (zabieraj膮c jej ka偶d膮 ewentualnie woln膮 chwil臋), 偶e biedaczka (Jolanda, nie firma) nie zauwa偶y艂a nadchodz膮cej jesieni! Pracowa艂a ca艂e dnie i noce, ozdabiaj膮c swe hulajnogi makami, konwaliami i piwoniami. A偶 w ko艅cu, jedna z klientek (raczej sympatyczna) wyrazi艂a ch臋膰 posiadania sprz臋tu sportowego w kwiatki bardziej odpowiednie do pory roku. W艂a艣nie wtedy Jolanda spojrza艂a do kalendarza i... oniemia艂a! Okaza艂o si臋, ze by艂 29 pa藕dziernika! A ona w艂a艣nie dzi艣 przyjecha艂a na hulajnodze do pracy bo by艂o ciep艂o i 艣wieci艂o s艂o艅ce! A to przecie偶 ci臋偶ka jesie艅! Ba! Sam jej 艣rodek!

Od tej pory Joladna sp臋dza艂a jesie艅 bardzo aktywnie. Nie tylko je藕dzi艂a na hulajnodze (w kwiaty dyni), ale zapisa艂a si臋 r贸wnie偶 na jog臋! Zupe艂nie zapomnia艂a o ziemniaczkach i szorstkim kocu. Na dodatek, kilka dni p贸藕niej, wybra艂a si臋 nawet na przyj臋cie do s膮siadki - z okazji Halloween!

Taka to by艂a historia!

niedziela, 21 wrze艣nia 2014

Kamienica


Kamienica jest zupe艂nie przyjemna dla oka.
Ma kolor majtkowego r贸偶u i du偶e, bia艂e okna. Nie posiada przesadnych zdobie艅 ani francuskich maszkaron贸w (dzi臋ki disneyowskim bajkom maszkarony kojarz膮 mi si臋 przede wszystkim z Pary偶em). Jest klasycznie 艂adna, na sw贸j prosty, skromny spos贸b.
Patrz膮c na ni膮 z zewn膮trz mo偶na odnie艣膰 wra偶enie, 偶e jej mieszka艅cy to osoby kulturalne, lubi膮ce schludne i czyste wn臋trza z delikatnym dodatkiem romantyzmu.
Nikt nie spodziewa si臋, 偶e w tych przepastnych i wysokich mieszkaniach spotka膰 mo偶na tak r贸偶norodnie skrajne (lecz barwne) postacie!
Czy to mo偶liwe, 偶eby w jednej kamienicy zgromadzili si臋 tak intryguj膮cy mieszka艅cy? - zapyta kto艣.
To jest przecie偶 ca艂y przekr贸j spo艂ecze艅stwa! W tym jednym domu i pod jednym dachem!
Jak oni wszyscy si臋 ze sob膮 dogadaj膮?! Jak oni si臋 wzajemnie toleruj膮?!
Jak to... jak? Normalnie. Jak w 偶yciu.

Mam pomys艂 (niejeden, niestety). Pomys艂 ma kszta艂t kamienicy (kt贸rej bardzo pomniejszony i odrobin臋 zniekszta艂cony szkic widzicie powy偶ej), w kt贸rej jest trzyna艣cie mieszka艅 (plus piwnica) oraz szaleni(e sympatyczni) mieszka艅cy. JEDYNE co trzeba zrobi膰 to narysowa膰 to wszystko i opisa膰. Wtedy pomys艂 stanie si臋 (moj膮) WYMARZON膭 bajk膮 dla dzieci - tak膮 troch臋 nietypow膮.
Niby proste, a jednak strasznie strasznie trudne.
Co robi膰???

pi膮tek, 15 sierpnia 2014

Gdzie jest Roman?

Z Romanem s膮 same problemy!

Najpierw, na samym pocz膮tku, nie wiadomo by艂o w og贸le, 偶e kto艣 taki istnieje. Pojawia艂y si臋 jedynie przelotne rozmowy w stylu: A jakie dziewczyny lubi Artur? A czy Magda ma ch艂opaka? Czy 艁ukasz pasuje do Marty? Co o tym wszystkim s膮dzi Mateusz oraz co b臋dzie z t膮 ca艂膮 Karolin膮? Rozmowy mia艂y ton 偶artobliwy i, chocia偶 ka偶dy w g艂臋bi duszy mia艂 nadziej臋, 偶e odnios膮 jaki艣 skutek, nikt nie pomy艣la艂 o Romanie!

Min臋艂o troch臋 czasu (czasem czas jest niezb臋dny dla rozwoju sytuacji).
Podczas spotka艅 towarzyskich wspominano dawne, dobre dzieje i opijano (mniej lub bardziej zno艣n膮) tera藕niejszo艣膰. Ka偶dy tkwi艂 w poczuciu, 偶e jest tak, jak by膰 powinno oraz, 偶e b臋dzie jak b臋dzie. 艢miano si臋 i 偶artowano.
Jedynie dobry obserwator m贸g艂 zauwa偶y膰, 偶e co艣 jest nie tak... Kogo艣 brakowa艂o w tym og贸lnym zgie艂ku (dobry obserwator m贸g艂 odnie艣膰 wra偶enie, 偶e brakuje tam do艣膰 Wa偶nych Os贸b!). Obserwator my艣la艂 i my艣la艂 dniami i nocami. Tygodnie zamienia艂y si臋 w miesi膮ce, tak d艂ugo my艣la艂!
A偶 nagle...HYC! Pomys艂 wpad艂 mu do g艂owy.  Pomys艂 by膰 znakomity! Wspania艂y, wr臋cz DOSKONA艁Y... ! Ale... brakowa艂o mu pewnego szlifu.

Obserwator p臋dem pogna艂 do Dawnej S膮siadki i wszystko jej opowiedzia艂 (a偶 si臋 troszk臋 poplu艂 z emocji, wstyd przyzna膰). S膮siadka niemrawo wzruszy艂a ramionami, wi臋c pogna艂 do Pewnej Znajomej z nadziej膮, 偶e mo偶e ona da mu dobr膮 rad臋. Niestety, okaza艂o si臋, 偶e Znajoma r贸wnie偶 nie mia艂a wiele do powiedzenia w tym temacie. U艣miechn臋艂a si臋 do niego (obserwator nie by艂 pewien czy by艂 to u艣miech z sympatii czy raczej ze wsp贸艂czucia), wi臋c pogna艂 dalej. Przez ca艂y tydzie艅 pyta艂 wszystkich napotkanych os贸b co s膮dz膮 o jego pomy艣le oraz jak mu na imi臋 (jemu, czyli Romanowi - ale wtedy nie znano jeszcze tego imienia).
Niestety. Nikt nie wiedzia艂.

Obserwator bardzo posmutnia艂. Pomy艣la艂 nawet, 偶e to ju偶 koniec, 偶e nic nie zdzia艂a i nic nie zmieni w 偶yciu swoich przyjaci贸艂. Na szcz臋艣cie obserwator by艂 cz艂owiekiem urodzonym pod szcz臋艣liw膮 gwiazd膮 i dok艂adnie w momencie, kiedy posmutnia艂 i lekko si臋 za艂ama艂, natychmiast wpad艂a mu do g艂owy odpowied藕 na pytanie, kt贸rej szuka艂 przez ostatnie dni!

Przecie偶 to ROMAN!!!
ROMAN SID艁O!!!
Jak m贸g艂 o nim zapomnie膰?!
Wymy艣li艂 go przecie偶 wiele lat temu z nadziej膮, 偶e spotka go w przysz艂o艣ci.

Poskaka艂 wi臋c (obserwator) chwil臋 po 艂贸偶ku (z rado艣ci) i obdzwoni艂 wszystkich bli偶szych i dalszych Znajomych, dawne i tera藕niejsze S膮siadki oraz przypadkowych ludzi informuj膮c ich, 偶e ju偶 ma! 呕e to przecie偶 Roman! Roman Sid艂o!

I nasta艂a b艂oga rado艣膰.
Niestety, nie na d艂ugo. Do艣膰 szybko wysz艂o na jaw, 偶e nie wiadomo jak 贸w Roman wygl膮da. No jasne, wiadomo, 偶e musi by膰 modny. To pewne, 偶e musi mie膰 brod臋 i tatua偶! Tak, tak. Romanowi zdecydowanie dobrze z oczu patrzy bo to zwyczajnie dobry facet! Ale co dalej? Jak膮 ma koszul臋? Kszta艂t czaszki? Czy nosi okulary?

Zn贸w wszystko stan臋艂o w miejscu.

Jednak obserwator p臋ka z dumy, 偶e przypomnia艂 sobie o Romanie Sid艂o. I kupi艂 nawet stosown膮 domen臋 (romansidlo.pl!). I jest g艂臋boko przekonany, 偶e z pocz膮tkiem jesieni zorganizuje pierwsze i najwspanialsze na 艣wiecie spotkanie maj膮ce na celu zapozna膰 swoich znajomych z ich znajomymi i znajomymi ich znajomych i ich znajomych, aby wszyscy Ci pojedynczy fajowscy ludzie spotkali swoj膮 par臋! I 偶eby nie byli ju偶 sami!

W ten oto spos贸b, obserwator (z pomoc膮 Romana Sid艂o) rozpoczyna dzia艂alno艣膰 maj膮c膮 na celu 艂膮czenie fajnych ludzi w pary! Je艣li dowiemy si臋 jak Roman wygl膮da i uda si臋 go narysowa膰, oczywi艣cie.
         
Wi臋c przygotujcie swoich samotnych, fajnych znajomych z Krakowa na spotkanie z Romanem i przeznaczeniem! :D

pi膮tek, 25 lipca 2014

Niemoralia

Roman sztangista znany by艂 we wsi Filutkowo z tego, 偶e nosi艂 na r臋kach oty艂e kobiety.

Nikogo w miasteczku nie dziwi艂 ten widok (tylko czasem niekt贸rzy m臋偶czy藕ni zielenieli z zazdro艣ci). Wszyscy wiedzieli, 偶e je艣li Roman nie 膰wiczy艂 swoich okaza艂ych mi臋艣ni, robi艂 si臋 bardzo dra偶liwy. Natychmiast zaczyna艂o sw臋dzie膰 go ca艂e cia艂o, dostawa艂 wysypki i nerwowej zadyszki. Tarza艂 si臋 wtedy w polu zbo偶a, kt贸re przyjemnie drapa艂o go w plecy, albo biega艂 po ca艂ym miasteczku wierz膮c, 偶e wiatr kt贸ry przy tym powstawa艂 艂agodzi艂 jego b贸l.
Niestety, w obu przypadkach we wsi Filutkowo pojawia艂y si臋 ogromne zniszczenia. Zbo偶e, z kt贸rego mia艂 powsta膰 du偶y zapas m膮ki na chleb, zosta艂o zgniatane przez Romana i do nieczego si臋 ju偶 nie nadawa艂o. Natomiast wiatr wytwarzany podczas jego bieg贸w by艂 tak silny, 偶e powala艂 stare ogrodzenia i m艂ode drzewka owocowe.

Nie by艂o rady. Jedynym sposobem na Romana sztangist臋 by艂y ci臋偶ary. Codziennie popo艂udniu przynoszono pod jego dom wory pe艂ne ziemniak贸w i marchewki, a kobiety ustawia艂y si臋 w kolejce na "rundk臋 wko艂o domu". Roman chwyta艂 worki w d艂onie, a kobiety sadza艂 na swoich barkach i truchta艂 przez ca艂膮 wie艣. Ani jedna kropla potu nie pojawia艂a si臋 na jego czole, taki by艂 silny!

Pewnego dnia we wsi Filutkowo og艂oszono loteri臋, w kt贸rej do wygrania by艂a spora suma pieni臋dzy. Wszyscy mieszka艅cy natychmiast rzucili si臋 do kolektury, poniewa偶 ka偶dy chcia艂 zgarn膮膰 zwyci臋ski los dla siebie. Po kilku dnaich, kiedy wygrana wci膮偶 jeszcze nie zosta艂a nikomu przydzielona, zoragnizowano narad臋. Kobiety, kt贸re do艣膰 ju偶 mia艂y noszenia ich przez Romana, og艂osi艂y, 偶e wygrane pieni膮dze przeznacz膮 na hantle. M臋偶czy藕ni r贸wnie zm臋czeni ci膮g艂ym stawianiem nowych p艂ot贸w i sadzeniem drzew owocowych, szybko przy艂膮czyli si臋 do swoich 偶on.
W ten oto spos贸b, za pieni膮dze wygrane na loterii, zakupiono profesjonalne hantle i sztangi i stworzono prawdziw膮 si艂owni臋 dla Romana.

We wsi Filutkowo nasta艂 spok贸j. Zbo偶e pi臋knie ros艂o, drzewka rodzi艂y dorodne owoce, a kobiety, kt贸re mia艂y teraz znacznie wi臋cej czasu... zacz臋艂y 膰wiczy膰 atletyk臋, sta艂y si臋 zdrowsze i wysportowane.

-------------------------------
W Absurdaliach ostatnio troch臋 gorzej. Siedzimy sobie ukryci za rusztowaniami. Odnawiaj膮 kamienic臋, w kt贸rej mamy sklep. Oczywi艣cie, potem b臋dzie tylko lepiej bo kamienica b臋dzie pi臋kna i kusz膮ca. Tylko jak przetrwa膰 wakacje? Zobaczymy. Pomys艂贸w mam milion, codziennie nowy :)


Wolne chwile (kt贸rych ci膮gle za ma艂o!) umilamy sobie spacerami z psami, p艂ywaniem i snuciem plan贸w wakacyjnych.


O, a tak w艂a艣nie wygl膮daj膮 spacery je艣li wszystkie psy we藕miemy jednocze艣nie (dlatego niezbyt cz臋sto sobie na to pozwalamy) ;)